W kolejnym odcinku naszego ARTHE Alphabet — litera Ł jak Tamara Łempicka.
Przybliżamy Wam nie tylko malarkę, ale też jej drogę przez kryzys psychiczny: prywatną klinikę nad Zurychem, do której wysyłał ją mąż, i dwa obrazy, które z tego okresu zostały.
Adres: Zürichberg
Sanatorium „Lebendige Kraft" otwarto w 1904 roku na wzgórzu nad Zurychem. Prywatna klinika medycyny naturalnej: dietetyka, hydroterapia, reżim dnia. Pobudka o szóstej. Spacer przed śniadaniem. Surowe warzywa. Zimne prysznice. Praca w ogrodzie. Żadnej kawy, alkoholu, tytoniu. Światło gaszone o wpół do dziesiątej. Leczyli się tu Rainer Maria Rilke, Hermann Hesse, Romain Rolland, Wilhelm Furtwängler, Yehudi Menuhin. I Thomas Mann — w 1909 roku, cztery tygodnie. W liście do brata nazwał sanatorium higienicznym więzieniem. Skarżył się, że czuje się jak Nabuchodonozor skazany na trawę, pełzający na czworakach w kąpieli powietrznej. Kurację ostatecznie ocenił jako skuteczną, a miejsce posłużyło mu za inspirację przy „Czarodziejskiej górze". Baron Raoul Kuffner, mąż Łempickiej, wysyłał ją tam wielokrotnie.
Malarka, która przestała malować
Połowa lat trzydziestych. Łempicka jest u szczytu sławy i przechodzi ciężką depresję. Twórczość niemal zamiera. Zmieniają się też tematy: zamiast beztroskich kobiet z lakierowanych portretów pojawiają się zakonnice, żebracy, święci. „Matka przełożona" i „Żebrak z mandoliną" — oba 1935. Włoscy badacze, którzy dotarli do dokumentacji jej pobytów w klinice Bircher-Bennera, ustalili, że depresję komplikowała u niej współistniejąca choroba somatyczna.
Dwa obrazy z tego czasu
„Święty Antoni". Model pozostawał nieznany przez dekady. W 2024 roku Chiara Luzi wskazała, że to doktor Willy Bircher-Benner (1898–1970), lekarz z kliniki nad Zurychem. Pacjentka namalowała swojego lekarza jako świętego.
„Matka przełożona", 1935. Twarz siostry Thérèse Delphine, przełożonej klasztoru Sanvitale w Parmie. Tamara pojechała tam w 1935 roku, myśląc o wstąpieniu do zakonu. Nie została. Portret namalowała z pamięci, po powrocie. Nigdy nie zgodziła się go sprzedać — przekazała go muzeum w Nantes. Uważała za swoją najlepszą pracę.
W wywiadzie udzielonym w 1979 roku o tym okresie mówiła krótko: depresja, załamanie nerwowe, depresja. Nikt nie nazywał tego arteterapią Pojęcie przyszło później. Ale to nie przypadek, że sens tych dwóch obrazów odczytali po wielu latach badacze z pogranicza psychologii sztuki i arteterapii — Chiara Luzi jest psycholożką sztuki i psychoterapeutką, a jej ustalenia ukazały się w czasopiśmie naukowym poświęconym sztuce i psychologii. Zobaczyli w nich to, czego szukamy dziś w pracowni: obraz jako język dla stanu, którego nie da się opowiedzieć słowami. Łempicka nie miała arteterapeuty. Miała klinikę, dietę i płótno. Zadziałało płótno.
Sztuka nie zastępuje leczenia
Ale bywa jedyną drogą, którą człowiek potrafi w danym momencie podażać. I dziś nie musi to być prywatny ratunek jednej genialnej malarki — jest metodą, którą można się z kimś dzielić.
#ARTHEAlphabet #arteterapia #TamaraŁempicka #zdrowiepsychiczne #sztukaileczenie #artdeco